poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Gioia S.P.Q.R

Gioia Dei Marsi to malutka mieścinka na wschód od Rzymu. można tam dojechać pociągiem, który trasę kończy w pobliskim Avezzano i wybłagać kogoś żeby nas dowiózł w góry. Kiedy już dojedziemy przed naszymi oczami rozciągnie się widok na całą dolinę i góry dookoła. Krajobraz niczym z gwiezdnych wojen: wypalona słońcem ziemia, małe domki koloru gleby i pozostawione w polu stare traktory. W takich okolicznościach przyrody dane nam było mieszkać przez tydzień. Wujek, który nas przyjął miał pełen hotel ludzi, więc niestety musieliśmy nocować w apartamencie królewskim: ~60m2, jakuzzi, łoże królewskie, osobny salon, barek etc. Tak się wożą polscy komiksiarze. Do dyspozycji mieliśmy też samochodzik (FIAT bo co innego), którym mogliśmy podróżować po okolicznych górach. Jestem doświadczonym kierowcą. Jeździłem po Alpach. Jeździłem po polskich drogach. Ale to co zastaliśmy tam przechodziło wszelkie wyobrażenia. Wyobraźcie sobie dróżkę tak 6m. szerokości. Widzicie? Ok. Po lewej dajcie znak ograniczenie do 70 przy złej widoczności, po prawej sznur samochodów zaparkowanych wzdłuż. Wąsko? Teraz dajcie z jednej strony przepaść a z drugiej skalną ścianę i zróbcie na dróżce pierdyliard zakrętów o 180 stopni. Wąsko i niebezpiecznie? Na koniec dodajcie armię szurniętych kierowców jeżdżących tą dróżką średnio 120 i trąbiących przed każdym zakrętem. Jeżeli jeszcze Wam mało to dodajcie rowerzystów za każdym zakrętem i osuwające się skały. Nic dziwnego, że we Włoszech nie ma nieobitych samochodów. Inną kwestią jest też ich podejście do napraw: jeżeli ktoś was stuknął w zderzak ale samochód może jeździć to po co to naprawiać? Lepiej wziąć odszkodowanie w forsie i przetrzymać dopóki się nie zepsuje zupełnie.
Wypadków drogowych jednak nie zaliczyłem. Wróciłem jednak z Włoch z nosem Juliusza Cezara (Włosi mówią, że z nosem Dantego). Załatwiłem sobie taki szlachetny profil w basenie (tak tak palmy też były). Woda była tak czysta, że nie widać było brzegów. Pływałem sobie kulturalnie i tak się rozpędziłem, że z pełnym impetem przywaliłem w ścianę nosem. Poszła krew a na środku mojej twarzy pojawił się wielki sinior.
Gdyby nie ten incydent nasz pobyt przebiegłby sielankowo i pomidorowo.Bo trzeba wspomnieć o rzeczy, która może wydawać się dość oczywista ale i tak zaskakuje. Włosi jedzą pomidory. Na śniadanie, obiad i kolację. I podwieczorek. I przegryzają pomidorami w przerwach pomiędzy posiłkami. Wyobrażenie Polaka o włoskiej kuchni opiera się w dużej mierze na DaGrasso, knajpach typu łódzkiej Toskanii i spaghetti bolognese z papierka. Moi drodzy nic z tych rzeczy- włoska pizza to coś ZUPEŁNIE innego (moi skromnym zdaniem gorszego). Włoskie spaghetti to makaron z odrobiną sosu a nie na odwrót. Mozarellę je się w całości- na obiad schodzą 3-4 kuleczki. Nie zdziwcie się więc jak zamówicie znaną z polski margheritę a dostaniecie coś na kształt francuskiej tarty. Italiańcy uważają, że najważniejsze w pizzy jest ciasto a nie dodatki.





Najedzeni, opaleni, wskoczyliśmy więc w samochód i udaliśmy się w podróż powrotną. Franco powiózł nas tylko do Rzymu skąd mieliśmy udać się pociągiem do Turynu. Już na starcie sprawa się spaliła bo okazało się, że do Turynu jeżdżą tylko kuszetki i bilet by nas wyniósł tyle co cały budżet jaki przeznaczyliśmy na powrót. Na szczęście do Mediolanu było dużo taniej, więc kupiliśmy bilety i poszliśmy zwiedzać miasto. Naszemu zwiedzaniu towarzyszył wspaniały cytat "tam jest jakiś zabytek, idziemy?".
Najpierw muszę Cię drogi czytelniku ostrzec- nie jedź do Rzymu. Syf, brud i malaria. Metro jest chyba najgorszym jakie widziałem w życiu. Na ulicach jest gorzej niż w arabskiej dzielnicy Paryża. Internetu nie uświadczysz nigdzie a burdel na kolei skutecznie obrzydzi Ci podróżowanie. Ja byłem więc opiszę po krótce co widzieliśmy, żebyś Ty nie musiał się męczyć. Najpierw obrazek z metra:
Zdjęcie robione było z wielkiego gruzowiska, które ktoś zrobił i nie sprzątnął. Schody ruchome nie działały a system informowania pozostał na etapie Imperium Romanum. Plan naszego zwiedzania wyglądał tak: podjechać do Watykanu, odwiedzić Koloseum i wrócić przechadzając się starówką. Najpierw więc stolica apostolska. Pierwszy zawód: Benedykt wyjechał do Hiszpanii więc nici z osobistej audiencji. Drugi zawód: nie było sprawdzania paszportów więc wychodząc za granicę czułem się jakbym nigdzie nie poszedł. Sam plac Świętego Piotra jest oczywiście monumentalny, wspaniały, z wielkimi kolumnami, jest arcydziełem światowej architektury (itp. itd.) a grzyba i brudu z fontanny nikt usunąć nie umiał. Tak wydaje mi się, że to reprezentuje ogólny stan Kościoła.



W miejscu które widać na zdjęciu powyżej nie mogłem sobie odmówić zapozowania z apage satanas:]. Wyszliśmy od Benedykta i udaliśmy się Rzymskimi uliczkami do Koloseum. Warto wspomnieć, że jako Polacy czuliśmy się tam zajebiście gdyż zewsząd patrzyli na nas rodacy:

Hype na polskiego papieża jeszcze nie przeminął i można sobie w Rzymie kupić nawet koszulkę z jego podobizną. Moralną wartość takich pamiątek zostawiam każdemu do oceny. Podobnie jak moralną wartość nowej kolekcji Intimissi Uomo (dla mężczyzn; reklamowana na billboardach przez Irinę Sheyk: You Tube). Na majtkach na wysokości przyrodzenia jest wielki napis BUNGA BUNGA, a na pośladkach Berlusconi i Putin gonią młodą dziewczynę. Podziwiając takie lokalne cuda przebyliśmy ulice wiecznego miasta:
I tu trzeba Włochom oddać honor, że ich stolica potrafi być urokliwa. Te małe uliczki, zaułki, pełno starych budynków, mieszanina stylów zachwycają. Dodatkowo warto wiedzieć, że to co znamy jako "lody włoskie" w Polsce to jedna wielka ściema. Lody we Włoszech powinno się jeść kilogramami bo są tanie jak barszcz i serwują zawsze bardzo dużo. Wygląda to tak, że cena jest wyliczana na podstawie rożka, który bierzemy a gałek do niego nakładają tyle ile się zmieści. Czyli jeśli nie wywalisz loda z 8 smakami to wygrywasz. No i mają najlepsze sorbety na świecie (Panie Grycan, ucz się!). Z twarzami umorusanymi lodami dotarliśmy do teatrum romanum. Wygląda tak jak na zdjęciach tylko, że większy;)
Swoją drogą, to coś niesamowitego, że tyle lat temu, z technologią nie mogąca się równać naszej udało im się zbudować coś takiego. Nie wiem czy wiecie, że w renesansie rozkradano starówkę antyczną Rzymu, by budować nowe kościoły i rzeźby. Michał Anioł rzeźbił w marmurze kradzionym z tej dzielnicy. Zmęczeni udaliśmy się na znany już dworzec Roma Termini. Mogliśmy, po ostatnich przeżyciach, spodziewać się najgorszego. Uwierzcie mi: było jeszcze gorzej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz