sobota, 13 sierpnia 2011

Calcio di rigore

Umberto podwiózł nas na przedmieścia Mediolanu do Forum- jest to nowoczesna sala koncertowa, z gigantycznym parkingiem i własną stacją metra. Pożegnaliśmy się, zabraliśmy bagaże i każdy poszedł w swoją stronę (on na gelati do swojej rodzinnej miejscowości- tak gadał o tych lodach, że narobił nam smaku). Warto tutaj wspomnieć, że zacząłem wtedy rozumieć dlaczego Polacy tak lubią Włochy. Już od pierwszych chwil w oczy zaczęły się rzucać podobieństwa. Będzie ich bardzo dużo w trakcie całego wpisu! ale tego wieczora zobaczyłem Włoszki idące na imprezę i od razu poczułem się jak na Piłsudskiego przy wejściu do Heaven. Te same szpile, te same koszulki z Tuszyna i makijaż zrobiony szpachlą do kładzenia gładzi na ścianach. Jednak pierwszymi istotami, które przywitały nas na italiańskiej ziemi były komary. Te małe upierdliwe zanzare były wszędzie i chlały przeraźliwie. Jest jednak na nie sposób, podpatrzony od tubylców- trzeba stać nieruchomo i je olewać. Działa lepiej niż OFF.
Po bardzo długim oczekiwaniu wsiedliśmy do metra. Kolejki jeżdżące po tym mieście są obrzydliwe. Jeżeli myśleliście, że metro w Warszawie czy w Moskwie jest brzydkie to przyjedźcie do Milano. Śmierdzi, syf z malarią i skład nie był wymieniany od nie wiem ilu lat + zastosowali to czego nie powinno się robić nigdy- pomalowali ściany na czarno. Wygląda to jak by się wjeżdżało do czarnej d... dziury.
Wieczór i cały następny dzień spędziliśmy z koleżanką, która tam studiuje i ma bardzo fajne mieszkanko w najniebezpieczniejszej części miasta oraz jej kumplem Antonello. Pierwszy posiłek zjedzony we Włoszech to oczywiście la pasta. Wiedzcie, że żaden najlepszy polski makaron nie smakuje tak jak najtańszy z Włoch. Antonello, z pochodzenia Neapolitańczyk, obiecał nas oprowadzić następnego dnia, więc z wielką ulgą poszliśmy spać.
Nazajutrz przywitało nas piękne słońce i najbardziej błękitne niebo świata. Weather aplet na Androidzie pokazywał 30 stopni Celsjusza a moje buty zaczęły boleśnie wżynać się w stopy. Już dawno nie miałem ich tak obtartych, więc pod koniec dnia chodziłem już boso. Wsiedliśmy w tramwaj i zaczęliśmy zwiedzać:
Wygląda podobnie? Gdyby nie to, że w tramwajach jest klimatyzacja to czułbym się zupełnie jak na Kilińskiego w 4. Sam Mediolan jest niezwykle urokliwy. Nie ma chyba sensu pisać tutaj o Duomo, czy zamku sfrozesco, bo to zna każdy, kto choć przez chwilę przeglądał przewodnik po północnych Włoszech. Wszystkie te budynki są niesamowite, zachwycające i ociekające pieniędzmi. Wyobraźcie sobie, że budujecie katedrę, jedną z największych w Europie. Z czego zrobilibyście ściany? Cegły? Beton? Taniocha! Włosi zbudowali całą katedrę z białego marmuru. Starczyłoby na kilkanaście skateparków.



Najciekawszą rzeczą, którą zobaczyliśmy w Mediolanie był cmentarz. Tak, wiem- łazimy tylko po nekropoliach i robimy zdjęcia obcych grobów. Ale o tym warto powiedzieć więcej ze względu na odmienność całego tego miejsca. Możemy to porównać z Pere Lachaise, który widzieliśmy w Paryżu. Tam to była przerażająca gotycka zbieranina konstrukcji. Tutaj to popis wszystkich okolicznych rzeźbiarzy. Już wiadomo czemu Włosi uchodzą za najbardziej artystyczny naród i 90% wszystkich wspaniałych rzeźb jest we Włoszech. Każdy grób na tym cmentarzu był zdobiony figurami, popiersiami, płaskorzeźbami przedstawiającymi sceny z Biblii albo z życia osoby pochowanej. Coś niesamowitego. Kunszt każdej z nich był niesamowity. Dynamizm, pomysłowość, perfekcja wykonania zachwycały. U nas znajdzie się najwyżej jedną czy dwie takie rzeźby; natomiast tam były ich setki. Małe, duże, realistyczne, abstrakcyjne, klasyczne i nowoczesne. Lepiej niż w niejednym muzeum. Podziwiajcie:





Po całym dniu łażenia udaliśmy się do domu Antonello na włoską kolację. Przygotowaną przez Włocha. Zjedliśmy pyszne spaghetti ze wspaniałym sosem pomidorowo-serowym. Jedliśmy i rozmawialiśmy o lewicowej filozofii i polityce. Ponownie czułem się jak prawowity obywatel Europy. Neapolitańczyk okazał się wspaniałym otwartym na nowości człowiekiem, z którym niesamowicie dobrze się rozmawiało. Pamiętajcie, że nie mówię po włosku, a on nie mówił biegle po angielsku. I ponownie język nie okazał się problemem. Jedyna rzecz, która mnie zaniepokoiła to lekka naiwność poglądów mojego rozmówcy. Był człowiekiem, który zobaczył trochę świata, poznał wielu ludzi, jednak nadal ślepo wierzy w "Kapitał" Marksa. To jest chyba największy problem polityki europejskiej. Brakuje im dystansu i ironii do swoich poglądów. Piękna jest taka oczywistość opinii, ale w Polsce by nie przeszła ze względu na naszą komunistyczną przeszłość, której oni nie mają. Nie zna więc negatywnych efektów jakie jego ulubiona filozofia miała na świecie.
Po napełnieniu brzuchów pysznym włoskim jedzeniem odwiedziliśmy jeszcze plac, gdzie nocą spotykają się młodzi mediolańczycy. Klimat tego miejsca był niesamowity (popsuty tylko przez wszechobecnych carabinieri) i z żalem o 4 nad ranem wsiedliśmy do kolejnego samochodu znalezionego na carpoolingu. Tym razem jechaliśmy z niemieckim pilotem Luft Hanzy i zabawnym Kanadyjczykiem, którego mózg dawno już wypaliła trawa.
Autentyczny Shepard Fairey! W mojej kolekcji street-artu brakuje tylko Banksy'ego

La Scala. Porażka. Nie zachwyca i nie ma schodów.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz