sobota, 13 sierpnia 2011

Andiamo in Italia

Nad Francję nadciągnęła ładna pogoda. Skończyły się deszcze, ulewy i burze więc zdecydowaliśmy, że trzeba wyjechać:). Drugim powodem było nasze ironiczno hipsterskie podejście do wakacji. Stwierdziliśmy, że skoro wszyscy Francuzi udali się na urlop to byłoby to dziecinne i mało oryginalne gdybyśmy zostali. W piątek wyszukaliśmy więc ogłoszenia na carpoolingu i w środę uderzyliśmy w drogę do stolicy Włoch. Czekało na nas ponad  1145 km drogi na południe w piekącym słońcu dawnej ziemi Juliusza Cezara. Warto wspomnieć, że zrobiliśmy odwrotną trasę niż słynny cesarz, który wybierał się na podbój Galii (Lyon: jedno z najstarszych miast we Francji zostało założone właśnie przez niego).
Przed samym wyjazdem odwiedziłem jeszcze Pole Emploi czyli po polsku PUP. Wizyta była niebywale zabawna przyjmując, że pani, która robiła ze mną wywiad kwalifikacyjny mówiła po francusku gorzej niż ja i uprawiała tzw. dzięcioling na klawiaturze. Była też niezwykle zaskoczona moją znajomością języków i obsługi komputera. Oczywiście spotkanie nic nie dało poza standardowym frazesem "umie pan obsługiwać komputer? To proszę sobie szukać pracy w internecie" i informacją, że numer ubezpieczenia dostanę jak dostanę robotę. Potem poszliśmy jeszcze do banku i o 17 udaliśmy się metrem w naszą podróż. Zanim jednak pojedziemy z Tobą, drogi czytelniku, kilka zdjęć z ostatnich tygodni w Lyonie:




Nie mogłem sobie odpuścić zrobienia zdjęcia:)



Francuska podróba Uncle Ben's
Naszą pierwszą podróż rozpoczęliśmy z Włochem Umberto. Umówiliśmy się na stacji metra przy wjeździe na autostradę. Oczywiście jak tylko wyszliśmy z kolejki zdaliśmy sobie sprawę, że źle spakowałem kosmetyczkę nie biorąc kilku najważniejszych rzeczy ale odwrotu już nie było. Nasz Mediolańczyk pogubił się trochę na drogach Grand Lyon ale jakoś udało mu się dotrzeć. Koleś mieszkał w niewielkiej miejscowości koło Milano ale pracował w Nantes. Wracał z okazji długiego weekendu do rodziców i ucieszył się, że będziemy mu towarzyszyć (może bardziej z tego, że oddamy mu za benzynę). Pierwszy raz w życiu jechałem carpoolingiem więc trochę się zestresowaliśmy, ale sympatyczny italianiec rozwiał wszelkie nasze obawy. Po kilku problemach związanych z szukaniem stacji benzynowej wjechaliśmy na autostradę A43 (tak tak Polacy: 43). Umberto okazał się sympatycznym gadatliwym 25cio latkiem. Mówił po francusku ze śpiewającym akcentem ale nie przejmował się tym bardzo. Chyba najbardziej niesamowitą rzeczą było to jak bardzo uwielbiał swoją ojczyznę. Jak tylko zobaczył Alpy to nie mógł przestać opowiadać o swoich wypadach na narty. Był tez oczywiście kopalnią fajnych historii jak to np. zgubił gdzieś narty w mokrym śniegu i musiał po nie wracać pieszo na sam szczyt albo jakie są niesamowite widoki kiedy wjeżdżał do jaskini podczas któregoś ze zjazdów.


Podczas jazdy z Umberto miałem też niesamowite uczucie. Kiedy tak jechaliśmy autostradą koło Milano, patrzyliśmy na Alpy i gadaliśmy o tym jak to oboje w wieku 13 lat słuchaliśmy The Offspring zdałem sobie sprawę jak te wszystkie europejskie narody są blisko siebie. Dzieli nas ponad 2000 km, 2000 lat kultury i przepaść ekonomiczna a rozmawiamy tym samym językiem (dogadywaliśmy się łamanym włosko-hiszpańsko-francuskim ze wstawkami po angielsku i polsku: "tak!"), słuchaliśmy tych samych piosenek i oglądaliśmy te same teledyski Katy Perry. I to tak naprawdę właśnie te pierdoły łączą nas wszystkich.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz