piątek, 15 lipca 2011

Wyjazd

Wyjechałem z Łodzi w strugach deszczu. Prawdziwie epickie pożegnanie tego smutnego miasta. Jak wyjeżdżaliśmy, chciałem jeszcze zdjęcie na pamiątkę cyknąć ale jak na złość facet wbił od razu na krajową 14 i jedyne co zobaczyłem to budujący się nowy budynek filologii (o ironio!) i tak samo stary i rozwalający się gmach ASP (chyba jeszcze większa ironia). Oczywiście prawo Murphyego dotyczące podróży w jakiś sposób musiało się sprawdzić i pomimo tego, że w całym autokarze było 10 osób na krzyż to dwójka z nich musiała być małymi rozwrzeszczanymi dziećmi, które oczywiście obsiadły mnie dookoła. Duże słuchawki, deskorolki i szkicownik są zawsze atrybutami przyciągającymi dzieci. Na domiar złego ich mama zdecydowała się zająć 8 fotelików (po 1 na każdego członka rodziny i sztukę bagażu) co w praktyce oznaczało dwurzędowy mur dookoła mojego siedzonka okupowany przez absolwentów żłobka. Pod koniec podróży zostałem jeszcze uraczony wymiocinami i sraczką co przypieczętowało fajny klimat.
Próbowałem uprzyjemnić sobie czas lekturą nabytych wcześniej gazet. Problem z nimi jest jednak taki, że zbyt szybko się kończą. I tak CD-Action obaliłem w godzinkę, Nową fantastykę we dwie a Przekrój w 15 minut. Ten ostatni to chyba największy zawód ostatnich miesięcy i przykład jak złe koncepcje mogą zniszczyć świetny produkt. Artykuł o Jedwabnem sobie odpuściłem, wkładkę reklamową projektów unijnych także, wywiad z Buzkiem i prezentację sytuacji ludzi ze stwardnieniem rozsianym ledwie przekartkowałem co sprawiło, że z chudziutkiej i tak gazety zostały mi ledwie recenzje i słaby i pompatyczny (jak zawsze) wywiad pani redaktor naczelnej. No cóż, jedyne co mi pozostało na podróż to stare, wierne PSP i przechodzenie po raz n-ty FF Tactics.
Po drobnej przygodzie z wzywaniem karetki w środku RFN dotarliśmy, 2 godziny przed czasem, na ulicę Maubege w Paryżu. Dobór przystanków jak zwykle w przypadku Eurolines trafiony w dziesiątkę. W Lyonie zatrzymują się po środku bulwaru Vivier Merle tak żeby wszystkim było łatwiej trafić niż na dworzec autobusowy, a tutaj jakieś 10 minut od dworca północnego w małej bocznej uliczce.

Pierwszy dzień uświetniłem wizytą w najbardziej turystycznym miejscy Paryża z możliwych: Tour Eiffel! Poczułem się lekko oszukany bo wieża na Google Earth wyglądała o wiele bardziej imponująco. Tutaj najbardziej niesamowite były kolejki (sztuk 4) robiące ślimaka do wejścia na taras widokowy. Pola Marsowe oczywiście były dzisiaj zasypane sprzętem muzycznym po wczorajszym święcie narodowym więc nie było za bardzo co podziwiać. Poza, oczywiście zapierającymi dech w piersiach widokami, ślicznym budownictwem i wspaniałymi asfaltowanymi chodnikami.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz