niedziela, 24 lipca 2011

Wielka przeprowadzka

Dwa ostatnie dni, które spędziliśmy w Paryżu nie wymagają dokumentacji gdyż w całości spędziłem je na 17 Rue Myrha. W mieszkaniu na 3 piętrze. Konkretnie w jego wschodniej części podłączony do internetu. Lało. Cały czas lało.
Il pleure dans mon coeur
Comme il pleut sur la ville ;
Quelle est cette langueur
Qui pénètre mon coeur ?
 Paryż jest straszny kiedy pada. Wtedy jeszcze bardziej wypływa na wierzch cały brud tego miasta. Śmieci wyrzucone na ulicach spływają pod kołami samochodów zaparkowanych wzdłuż trotuarów zatrzymując się czasem o koła. Jedyna zaleta takiego deszczu to, że wreszcie wszyscy uliczni sprzedawcy miniaturek wieży Eiffel'a chowają się pod daszkami i nie zaczepiają Cię kiedy idziesz środkiem ulicy. Właściwie z tych dni mam tylko jedną zabawnie-wnerwiającą obserwację. Naród francuski powoli się amerykanizuje. Niestety pod tym złym względem. Wszedłem, żeby schować się przed deszczem do lokalnego Starbucksa. Na dzień dobry przywitała mnie karteczka, że maja super promocję i dają mi do każdej kawy pół godziny internetu gratis. Niesamowite! Toż to przecież standardy światowe iście! Wyobraźcie sobie: dostać PÓŁ GODZINY internetu gratis w kawiarni. Urzeczony tak wspaniałą ofertą sięgnąłem do kieszeni po mojego niezwykle przystosowanego do internetu smartphone'a i złapałem sieć Starbucks (przy kasach jedna kreska zasięgu: trochę słabo). Zamiast mojej uśmiechniętej strony startowej Google, przywitała mnie jednak zielonkawa strona z bardzo dużą ilością literek. Literki poinformowały mnie, ze ze względu na restrykcje anty-terrorystyczne muszę podać wszystkie moje dane osobowe żeby połączyć się z siecią. Telefon, adres, imiona rodziców, rozmiar majtek i cel łączenia się z internetem. Nice. Oczywiście jako rasowy terrorysta (ostatnio to modne) podałem fałszywe dane. Moi rodzice to teraz John i Claire (hej mamo!) a moje majtki mają rozmiar XXL. Witamy w tej jakże postępowej i zelektronizowanej Europie zachodniej.
Jeszcze jeden space-invader



punk w Jardin du Luxemburg
Czwartek. 5:30 rano. Pobudka. Nie pamiętam kiedy ostatnio wstawałem tak wcześnie. Ale mus to mus. Pociąg odjechałby o tej 9 rano bez zbytniego zwracania uwagi na nas. Plan był następujący: z 3 walizami (~30 kilo każda), dwoma torbami i longboardem przedostać się na drugi koniec Paryża, wsiąść w TGV, przejechać 470 km, wysiąść na Perrache w Lyonie, przejechać do centrum, i wnieść to wszystko na 5 piętro (bez windy). Pierwszy kryzys nadszedł już na 17 Rue Myrha kiedy zadzwoniliśmy po taksówkę. Na szczęście usprawnienia dokonane przez Francuzów w zamawianiu taksówki vs. mój telefon (gdzie, żeby włączyć klawiaturkę trzeba go najpierw odblokować i kliknąć specjalny guzik) skutecznie uniemożliwiły nam zamówienie ww. środka transportu. Bez większych perypetii dotarliśmy więc na dworzec (oznakowany tak wspaniale, że do 10 minut przed odjazdem nie wiesz skąd jedziesz) i weszliśmy na pokład pociągu przyszłości, który dla Francuzów jest już przeszłością bo jechaliśmy starym modelem. Część czytających, z którymi rozmawiałem przed wyjazdem zna już podstawowe dane dotyczące podróży. Dla reszty powtórzę: 470 km w półtorej godziny za 20 Euro z takimi widokami:


to przy prędkości ~200km/h migawka aparatu nie nadąża
Lyon, jak to zwykle tam bywa, przywitał nas piękną pogodą i wizją szukania pracy. Zacząłem następnego dnia po przyjeździe gdyż w czwartek moje ciało odmówiło jakiegokolwiek posłuszeństwa. Ćwiczę codziennie, uprawiam sport, staram się zdrowo odżywiać ale wnoszenie tych walizek to był realny koszmar. Dla Was na samą myśl o tym też powinien być. Piątek rano po odprawieniu Aiwatko na uniwersytet wskoczyłem na deskę i zacząłem objeżdżać interesujące mnie księgarnie, szkoły językowe, longboardshopy i inne kulerskie miejsca dla których jestem idealnym kandydatem na pracownika. Rezultaty są takie, że mam umówioną rozmowę kwalifikacyjną na przyszłą środę i niezłe zainteresowanie szkół (włącznie z osobistymi adresami responsable de recrutement). Oby coś fajnego z tego wyszło, bo Francja jest niezwykle dziwnym krajem. Jest krajem z bardzo dziwnym systemem organizacji państwa gdzie wszystko kręci się wokół miejsca zamieszkania. Zapomnijcie o zakładaniu konta przez internet, zapomnijcie o kredytach na dowód osobisty, zapomnijcie o bilecie miesięcznym w postaci kartonowego prostokąta ze zdjęciem przypiętym spinaczami. tutaj wszystko wymaga od Was potwierdzenia zamieszkania, najlepiej z dowodem, że od trzech miesięcy za nie płacicie. Dla Polaka przyzwyczajonego do tego, że umowa za mieszkanie to zbędny papierek włożony do czerwonego segregatora obejrzany raz przy zakładaniu ADSL to dość dziwna praktyka. Jednak nawet gdybym miał pozostać tutaj bezdomnym bezrobotnym (co jest dość mało prawdopodobne biorąc pod uwagę ilość ofert pracy) to jest tutaj jedna totalnie zajebista rzecz. Niewielu z Was ją zrozumie ale Tomal jeśli to czytasz to wiedz, że mówię do Ciebie. Chodniki. Chodniki są tutaj albo asfaltowe albo marmurowe. Wszędzie. I nie chodzi o gówniany gruboziarnisty asfalt. Nie chodzi nawet o ten nowoczesny wzmacniany asfalt. Chodzi o zwykły gładziutki, smolisty asfalt. I kąt pochyły przez całe miasto. I o fakt, że da się tutaj bez odpychania przejechać cały Cours Gambetta (odsyłam do google maps). To miasto to raj dla osób jeżdżących na longboardzie. Ach no i maja jeszcze skatepark zaraz nad rzeką.
skatepark w najlepszej lokalizacji jaką znam (może poza Venice Beach i Marsylią)


W przerwie od szukania pracy pojechaliśmy na wycieczkę do Grezieu La Varenne odwiedzić moje stare miejsce pracy (przez 3 lata). Nic się tam nie zmieniło. Na miejscu spotkałem stałą bywalczynię Josiane. Zjedliśmy prowiant, złapaliśmy trochę deszczu (bo to góry i pogoda zmienną jest) i wróciliśmy ponownie styrani na 28 Rue Louis Paufique. Ja nie rozumiem jak można codziennie się tak męczyć.


2 komentarze:

  1. faaak mnóstwo wspaniałych informacji. Dobra rzecz, będę śledził z niemałym utęsknieniem. Boli mnie, że po francusku nie parlam czy hablam czy co oni tam robią, bo mimo iż nie jestem wielkim fanem francuzów Francja jednak do mnie przemawia i chciałbym kiedyś spędzić tam trochę czasu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Błażejku
    Całe szczęście że piszesz bloga bo coś niecoś wiemy o tobie :) Wszystko czytamy skrupulatnie i oglądamy zdjęcia. Czekamy na więcej :)
    Rodzice :)

    OdpowiedzUsuń