poniedziałek, 18 lipca 2011

DZIEŃ 2 i 3

Jestem beznadziejnym turystą. Wszystko robię nie tak jak turysta powinien. Staram się jak mogę ale nie wychodzi. Najgorsze chyba z tego wszystkiego jest to, że za dużo wiem. Drugiego dnia rano, Aiwatko stwierdziła, że mając kilka godzin przed jej pracą pójdziemy coś zobaczyć. Dzień wcześniej była Tour Eiffel, to teraz przyszła pora na Notre Dame de Paris. No i szlag trafił magię całej wycieczki. Odkrywanie miasta powinno być zaskakujące, nowe, porywające, niesamowite. A wyszło tak, że po obejrzeniu całej katedry w domu na Google Earth, po zdaniu wszystkich egzaminów z historii sztuki i historii literatury sama katedra była tak znana przeze mnie, że podszedłem do niej trochę obojętnie. Oczywiście: to wspaniały budynek, to niesamowita konstrukcja i ilość balastu kulturowego z nią związanego jest ogromna. Pod tym względem całkowity respekt i podziw z mojej strony. Jednak paradoksalnie to chyba smutnie potwierdzenie teorii, że ludziom najbardziej podoba się to co już znają. Tylko, że znając pozbawiają się elementu niespodzianki, o który to przecież chodzi w podróżach. Francuzi nazywają to dépaysement czyli "odkrajowienie": uczucie, które pozwala nam poczuć się nie jak u siebie. Niestety katedra mi na to nie pozwoliła i jedyne co zrobiłem to kilka zdjęć Quasimodo:




Kiedy już zostałem sam moim podstawowym zadaniem było kupno karty do telefonu. Pierwszym miejscem gdzie uderzyłem był wiec Fnac kolo stacji Odeon. Jak to zwykle bywa z sieciówkami, każdy sklep jest inny i nie mogłem zaspokoić tam moich potrzeb komunikacyjnych. Moją uwagę przykuł jednak pewien mały, świdrujący oczy napis: BD, 2e etage. Walczyłem ze sobą, walczyłem jak mogłem. Jednak w końcu uległem. Pełen niepokoju , zlany potem po wspomnianej walce wewnętrznej udałem się na wskazane przez napis drugie piętro. Oczy moje ujrzały 7; nie! 8! wielkich regałów zawalonych komiksami. Było tam wszystko. produkcje francuskie, amerykańskie, angielskie, japońskie, kanadyjskie, niemieckie i jakie tylko dusza zapragnie. Vertigo, Dupuis, Marvel, Oni Press...Powstrzymywany tylko i wyłącznie zawartością portfela opuściłem to miejsce rozpusty. Nie dane mi było jednak zaznać spokoju gdyż za rogiem czaiła się kolejna księgarnia! Z jeszcze większym wyborem! A potem jeszcze jedna! Mówię Wam bracia komiksiarze: Francja to złe miejsce. Pełne pokus i skłaniające do grzechu. Na całe szczęście po wielkiej walce (ponownie) udało mi się przetrwać z tylko 1 komiksem w plecaku: z szóstym tomem Scotta Pilgrima. Zrozumcie jednak jak ciężkie to było poświęcenie. Tym akcentem zakończył się drugi dzień pobytu. Ciężki to był dzień: a nie znalazłem jeszcze żadnego longboard shopu!


Niedziela. W niedzielę mieliśmy cały dzień na zwiedzanie. Bo wreszcie dali Aiwatko dzień wolny od pracy. Plan był więc taki by obczaić kolejne turystyczne atrakcje. Padło na Pere Lachaise i Katakumby. Od razu mówię, że jako inteligentni młodzi ludzie z dostępem do internetu nie sprawdziliśmy kiedy rzeczone atrakcje są otwarte i jak już uporaliśmy się z grobami wszystkich wybitnych Francuzów to pocałowaliśmy klamkę przy wejściu do podziemi. Shit happens. Co do samego cmentarza to chyba najzabawniejszą rzeczą jest to jaki biznes kręcą okoliczni kioskarze sprzedając za 2,50 mapę, którą można dostać za free od strażnika przy wejściu. Sam Pere Lachaise jest idealnie zachowanym XIX wiekiem. Tym który wszyscy uwielbiamy, tym w którym żyli najwspanialsi twórcy sztuk wszelakich i tym którego już nie ma. Fajnie, że w jednym miejscu można spotkać Gertrudę Stein i Colette, Delacroix i Piaf oraz Morrisona i Appolinaire. Fajna jest różnorodność i eklektyzm tego miejsca. Fajne jest zauważenie na czym wzorowali się twórcy Baldur's Gate.Fajnie jest znaleźć okropny obrazek jakiejś amerykanki, która w liściku pod nim pisze, że dedykuje go twórczości Delacroix.
Moja osobista miłość (patrz czarny longboard)
Warto tutaj też wspomnieć o ilości dobrego street-artu w Paryżu. Wszędzie można spotkać baaaardzo dobre vlepki i graffiti. Moim osobistym faworytem są jednak powszechne tutaj mozaiki Space Invader'a. Jedna nawet na stacji metra niedaleko mojego miejsca pobytu.


Wieczorem poszliśmy kilka ulic dalej zobaczyć Montmartre i totalnie epickie Sacre Coeur, oświetlone i górujące nad miastem. Zdarzyła się tam ciekawa rzecz: zobaczyłem panoramę Paryża nocą i mnie olśniło. Jak byłem mały namiętnie układałem puzzle z pewnym widoczkiem. To była układanka z 3000 elementów i z ogromna ilością małych domków. Jakie było moje zdziwienie kiedy po latach zobaczyłem ten sam widok ponownie tylko, że na żywo. Wiecie: znałem każdy szczegół tego obrazu a nie wiedziałem co to jest. I nagle znalazłem się w tym samym miejscu co fotograf robiący fotkę dla Trefla. Epic.


Koło Moulin Rouge są fajne sex-shopy i niemili, wielcy murzyni, którzy lubią mówić "degagez". Not nice.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz