piątek, 29 lipca 2011

pierwszy tydzień

Właśnie minął pierwszy tydzień szukania pracy. Bilans? Jedna rozmowa (na którą składały się dwie rozmowy + test IQ + test z wiedzy informatycznej), dwa odesłania CV na wyższy szczebel (póki co bez odpowiedzi) i pełno maili bez odpowiedzi. Te ostatnie są chyba najgorsze. Dostajesz odpowiedź od automatu, że Twój mail dotarł i jak nie odpowiedzą w przeciągu 3 tygodni to zapomnij. Wyniki więc mizerne ale nie tracimy nadziei. W końcu mam wyższe wykształcenie!
Dowiedziałem się dzisiaj, że w domu, w którym mieszkam wychowała się Louise Labé: francuska poetka renesansowa, jedna z przedstawicieli lyońskiej szkoły poezji. Co daje wizję tego w jak starym budynku się znajdujemy i jest niejako symbolem tego w co powinienem uderzać zawodowo. Wierzę w takie rzeczy więc traktuję to trochę jako dobry znak na przyszłość.

By jednak nie smęcić tylko o problemach zawodowych we Francji wspomnę o kolejnych absurdach francuskiej rzeczywistości. Sklepy. We kraju żabojadów zwykło się budować supermarkety na przedmieściach. Wynika to z czysto praktycznych względów: kiedy zmęczony Francuz wraca z pracy w centrum miasta do domu na wsi  po drodze wstępuje do marketu na zakupy. W miastach więc trudno uświadczyć większy sklep. Jesteśmy więc skazani na małe dyskonty w stylu Biedronki. Wspomniane przybytki jak każde sklepy maja swój własny rąbnięty system zarządzania przestrzenią. W Polsce miałem małe hobby by znajdywać logiczne połączenie między tematyką półek. Na przykład dlaczego napoje są koło czipsów, albo produkty importowane koło płatków i mleka. Tutaj jest to niemożliwe. Przyprawy koło żarcia dla psa. Środki czystości koło serów. Bułka tarta koło przecieru pomidorowego. Nawet starając się wymyślić potrawy do których można te rzeczy wykorzystać jest trudno. Bo do czego wykorzystać na raz dżemy i bazylię? Inną dziwną rzeczą jest długość taśmy przy kasie. W Polsce przeciętna taśma ma około 2 metrów, obok niej stoją gumy, prezerwatywy i baterie. Tutaj zajmuje ona jakieś 30 cm i stoi np. po lewej stronie drzwi. Czyli możesz spokojnie wyjść ze sklepu nie zahaczając nawet o kasę. Ah no i spróbuj położyć na takiej taśmie francuską bagietkę.
Z rzeczy, które zwiedzaliśmy warto wspomnieć Fourviere. Jest to góra na zachodzie Lyonu z bazyliką na górze. Swoisty symbol tego miasta przyjmując, że widać ją z każdego punktu tutaj. Sam kościół bardzo ładny, bogato zdobiony i imponujący. Dla Polaków ważny przede wszystkim dlatego, że John Paul Two odprawiał tutaj mszę i jest w podziemiach kopia Matki Boskiej z Częstochowy. Jak się jednak domyślacie nie jest to powód dla którego bym o niej wspominał. chodzi raczej o coś innego. W którymś tam wieku kiedy Lyon był atakowany, mieszkańcy schronili się w tej świątyni i wszyscy ocaleli. Dlatego do dzisiaj uważa się Fourviere za obrończynię mieszkańców Lyonu. Takie historie zawsze mnie przybijają. Zdaję sobie sprawę, że obce wojska po prostu nie atakowały kościoła bo nie wypadało, rozumiem, że położenie na górze uniemożliwia skuteczny atak. Ale czy nie było w tym czegoś więcej? Taki fart nie zdarza się często. Wojna to straszna rzecz i podejrzewam, ze gdyby Ci napastnicy chcieli to by weszli i splądrowali bazylikę mordując w pień jej mieszkańców. A jednak tak się nie stało. Strange isn't it? Co zabawne obecnie na górze stoi jeszcze mala kopia wierzy Eiffel'a. Symbolika oczywiście musi być: naukowcy nie chcieli by tylko bóg królował nad miastem ale by rozum też miał swojego reprezentanta. Postawili więc to metalowe brzydactwo. Jak się na to patrzy to człowiek zadaje sobie pytanie gdzie jest ten wspomniany "rozum". Na dobranoc trochę zdjęć:






niedziela, 24 lipca 2011

Wielka przeprowadzka

Dwa ostatnie dni, które spędziliśmy w Paryżu nie wymagają dokumentacji gdyż w całości spędziłem je na 17 Rue Myrha. W mieszkaniu na 3 piętrze. Konkretnie w jego wschodniej części podłączony do internetu. Lało. Cały czas lało.
Il pleure dans mon coeur
Comme il pleut sur la ville ;
Quelle est cette langueur
Qui pénètre mon coeur ?
 Paryż jest straszny kiedy pada. Wtedy jeszcze bardziej wypływa na wierzch cały brud tego miasta. Śmieci wyrzucone na ulicach spływają pod kołami samochodów zaparkowanych wzdłuż trotuarów zatrzymując się czasem o koła. Jedyna zaleta takiego deszczu to, że wreszcie wszyscy uliczni sprzedawcy miniaturek wieży Eiffel'a chowają się pod daszkami i nie zaczepiają Cię kiedy idziesz środkiem ulicy. Właściwie z tych dni mam tylko jedną zabawnie-wnerwiającą obserwację. Naród francuski powoli się amerykanizuje. Niestety pod tym złym względem. Wszedłem, żeby schować się przed deszczem do lokalnego Starbucksa. Na dzień dobry przywitała mnie karteczka, że maja super promocję i dają mi do każdej kawy pół godziny internetu gratis. Niesamowite! Toż to przecież standardy światowe iście! Wyobraźcie sobie: dostać PÓŁ GODZINY internetu gratis w kawiarni. Urzeczony tak wspaniałą ofertą sięgnąłem do kieszeni po mojego niezwykle przystosowanego do internetu smartphone'a i złapałem sieć Starbucks (przy kasach jedna kreska zasięgu: trochę słabo). Zamiast mojej uśmiechniętej strony startowej Google, przywitała mnie jednak zielonkawa strona z bardzo dużą ilością literek. Literki poinformowały mnie, ze ze względu na restrykcje anty-terrorystyczne muszę podać wszystkie moje dane osobowe żeby połączyć się z siecią. Telefon, adres, imiona rodziców, rozmiar majtek i cel łączenia się z internetem. Nice. Oczywiście jako rasowy terrorysta (ostatnio to modne) podałem fałszywe dane. Moi rodzice to teraz John i Claire (hej mamo!) a moje majtki mają rozmiar XXL. Witamy w tej jakże postępowej i zelektronizowanej Europie zachodniej.
Jeszcze jeden space-invader



punk w Jardin du Luxemburg
Czwartek. 5:30 rano. Pobudka. Nie pamiętam kiedy ostatnio wstawałem tak wcześnie. Ale mus to mus. Pociąg odjechałby o tej 9 rano bez zbytniego zwracania uwagi na nas. Plan był następujący: z 3 walizami (~30 kilo każda), dwoma torbami i longboardem przedostać się na drugi koniec Paryża, wsiąść w TGV, przejechać 470 km, wysiąść na Perrache w Lyonie, przejechać do centrum, i wnieść to wszystko na 5 piętro (bez windy). Pierwszy kryzys nadszedł już na 17 Rue Myrha kiedy zadzwoniliśmy po taksówkę. Na szczęście usprawnienia dokonane przez Francuzów w zamawianiu taksówki vs. mój telefon (gdzie, żeby włączyć klawiaturkę trzeba go najpierw odblokować i kliknąć specjalny guzik) skutecznie uniemożliwiły nam zamówienie ww. środka transportu. Bez większych perypetii dotarliśmy więc na dworzec (oznakowany tak wspaniale, że do 10 minut przed odjazdem nie wiesz skąd jedziesz) i weszliśmy na pokład pociągu przyszłości, który dla Francuzów jest już przeszłością bo jechaliśmy starym modelem. Część czytających, z którymi rozmawiałem przed wyjazdem zna już podstawowe dane dotyczące podróży. Dla reszty powtórzę: 470 km w półtorej godziny za 20 Euro z takimi widokami:


to przy prędkości ~200km/h migawka aparatu nie nadąża
Lyon, jak to zwykle tam bywa, przywitał nas piękną pogodą i wizją szukania pracy. Zacząłem następnego dnia po przyjeździe gdyż w czwartek moje ciało odmówiło jakiegokolwiek posłuszeństwa. Ćwiczę codziennie, uprawiam sport, staram się zdrowo odżywiać ale wnoszenie tych walizek to był realny koszmar. Dla Was na samą myśl o tym też powinien być. Piątek rano po odprawieniu Aiwatko na uniwersytet wskoczyłem na deskę i zacząłem objeżdżać interesujące mnie księgarnie, szkoły językowe, longboardshopy i inne kulerskie miejsca dla których jestem idealnym kandydatem na pracownika. Rezultaty są takie, że mam umówioną rozmowę kwalifikacyjną na przyszłą środę i niezłe zainteresowanie szkół (włącznie z osobistymi adresami responsable de recrutement). Oby coś fajnego z tego wyszło, bo Francja jest niezwykle dziwnym krajem. Jest krajem z bardzo dziwnym systemem organizacji państwa gdzie wszystko kręci się wokół miejsca zamieszkania. Zapomnijcie o zakładaniu konta przez internet, zapomnijcie o kredytach na dowód osobisty, zapomnijcie o bilecie miesięcznym w postaci kartonowego prostokąta ze zdjęciem przypiętym spinaczami. tutaj wszystko wymaga od Was potwierdzenia zamieszkania, najlepiej z dowodem, że od trzech miesięcy za nie płacicie. Dla Polaka przyzwyczajonego do tego, że umowa za mieszkanie to zbędny papierek włożony do czerwonego segregatora obejrzany raz przy zakładaniu ADSL to dość dziwna praktyka. Jednak nawet gdybym miał pozostać tutaj bezdomnym bezrobotnym (co jest dość mało prawdopodobne biorąc pod uwagę ilość ofert pracy) to jest tutaj jedna totalnie zajebista rzecz. Niewielu z Was ją zrozumie ale Tomal jeśli to czytasz to wiedz, że mówię do Ciebie. Chodniki. Chodniki są tutaj albo asfaltowe albo marmurowe. Wszędzie. I nie chodzi o gówniany gruboziarnisty asfalt. Nie chodzi nawet o ten nowoczesny wzmacniany asfalt. Chodzi o zwykły gładziutki, smolisty asfalt. I kąt pochyły przez całe miasto. I o fakt, że da się tutaj bez odpychania przejechać cały Cours Gambetta (odsyłam do google maps). To miasto to raj dla osób jeżdżących na longboardzie. Ach no i maja jeszcze skatepark zaraz nad rzeką.
skatepark w najlepszej lokalizacji jaką znam (może poza Venice Beach i Marsylią)


W przerwie od szukania pracy pojechaliśmy na wycieczkę do Grezieu La Varenne odwiedzić moje stare miejsce pracy (przez 3 lata). Nic się tam nie zmieniło. Na miejscu spotkałem stałą bywalczynię Josiane. Zjedliśmy prowiant, złapaliśmy trochę deszczu (bo to góry i pogoda zmienną jest) i wróciliśmy ponownie styrani na 28 Rue Louis Paufique. Ja nie rozumiem jak można codziennie się tak męczyć.


poniedziałek, 18 lipca 2011

DZIEŃ 2 i 3

Jestem beznadziejnym turystą. Wszystko robię nie tak jak turysta powinien. Staram się jak mogę ale nie wychodzi. Najgorsze chyba z tego wszystkiego jest to, że za dużo wiem. Drugiego dnia rano, Aiwatko stwierdziła, że mając kilka godzin przed jej pracą pójdziemy coś zobaczyć. Dzień wcześniej była Tour Eiffel, to teraz przyszła pora na Notre Dame de Paris. No i szlag trafił magię całej wycieczki. Odkrywanie miasta powinno być zaskakujące, nowe, porywające, niesamowite. A wyszło tak, że po obejrzeniu całej katedry w domu na Google Earth, po zdaniu wszystkich egzaminów z historii sztuki i historii literatury sama katedra była tak znana przeze mnie, że podszedłem do niej trochę obojętnie. Oczywiście: to wspaniały budynek, to niesamowita konstrukcja i ilość balastu kulturowego z nią związanego jest ogromna. Pod tym względem całkowity respekt i podziw z mojej strony. Jednak paradoksalnie to chyba smutnie potwierdzenie teorii, że ludziom najbardziej podoba się to co już znają. Tylko, że znając pozbawiają się elementu niespodzianki, o który to przecież chodzi w podróżach. Francuzi nazywają to dépaysement czyli "odkrajowienie": uczucie, które pozwala nam poczuć się nie jak u siebie. Niestety katedra mi na to nie pozwoliła i jedyne co zrobiłem to kilka zdjęć Quasimodo:




Kiedy już zostałem sam moim podstawowym zadaniem było kupno karty do telefonu. Pierwszym miejscem gdzie uderzyłem był wiec Fnac kolo stacji Odeon. Jak to zwykle bywa z sieciówkami, każdy sklep jest inny i nie mogłem zaspokoić tam moich potrzeb komunikacyjnych. Moją uwagę przykuł jednak pewien mały, świdrujący oczy napis: BD, 2e etage. Walczyłem ze sobą, walczyłem jak mogłem. Jednak w końcu uległem. Pełen niepokoju , zlany potem po wspomnianej walce wewnętrznej udałem się na wskazane przez napis drugie piętro. Oczy moje ujrzały 7; nie! 8! wielkich regałów zawalonych komiksami. Było tam wszystko. produkcje francuskie, amerykańskie, angielskie, japońskie, kanadyjskie, niemieckie i jakie tylko dusza zapragnie. Vertigo, Dupuis, Marvel, Oni Press...Powstrzymywany tylko i wyłącznie zawartością portfela opuściłem to miejsce rozpusty. Nie dane mi było jednak zaznać spokoju gdyż za rogiem czaiła się kolejna księgarnia! Z jeszcze większym wyborem! A potem jeszcze jedna! Mówię Wam bracia komiksiarze: Francja to złe miejsce. Pełne pokus i skłaniające do grzechu. Na całe szczęście po wielkiej walce (ponownie) udało mi się przetrwać z tylko 1 komiksem w plecaku: z szóstym tomem Scotta Pilgrima. Zrozumcie jednak jak ciężkie to było poświęcenie. Tym akcentem zakończył się drugi dzień pobytu. Ciężki to był dzień: a nie znalazłem jeszcze żadnego longboard shopu!


Niedziela. W niedzielę mieliśmy cały dzień na zwiedzanie. Bo wreszcie dali Aiwatko dzień wolny od pracy. Plan był więc taki by obczaić kolejne turystyczne atrakcje. Padło na Pere Lachaise i Katakumby. Od razu mówię, że jako inteligentni młodzi ludzie z dostępem do internetu nie sprawdziliśmy kiedy rzeczone atrakcje są otwarte i jak już uporaliśmy się z grobami wszystkich wybitnych Francuzów to pocałowaliśmy klamkę przy wejściu do podziemi. Shit happens. Co do samego cmentarza to chyba najzabawniejszą rzeczą jest to jaki biznes kręcą okoliczni kioskarze sprzedając za 2,50 mapę, którą można dostać za free od strażnika przy wejściu. Sam Pere Lachaise jest idealnie zachowanym XIX wiekiem. Tym który wszyscy uwielbiamy, tym w którym żyli najwspanialsi twórcy sztuk wszelakich i tym którego już nie ma. Fajnie, że w jednym miejscu można spotkać Gertrudę Stein i Colette, Delacroix i Piaf oraz Morrisona i Appolinaire. Fajna jest różnorodność i eklektyzm tego miejsca. Fajne jest zauważenie na czym wzorowali się twórcy Baldur's Gate.Fajnie jest znaleźć okropny obrazek jakiejś amerykanki, która w liściku pod nim pisze, że dedykuje go twórczości Delacroix.
Moja osobista miłość (patrz czarny longboard)
Warto tutaj też wspomnieć o ilości dobrego street-artu w Paryżu. Wszędzie można spotkać baaaardzo dobre vlepki i graffiti. Moim osobistym faworytem są jednak powszechne tutaj mozaiki Space Invader'a. Jedna nawet na stacji metra niedaleko mojego miejsca pobytu.


Wieczorem poszliśmy kilka ulic dalej zobaczyć Montmartre i totalnie epickie Sacre Coeur, oświetlone i górujące nad miastem. Zdarzyła się tam ciekawa rzecz: zobaczyłem panoramę Paryża nocą i mnie olśniło. Jak byłem mały namiętnie układałem puzzle z pewnym widoczkiem. To była układanka z 3000 elementów i z ogromna ilością małych domków. Jakie było moje zdziwienie kiedy po latach zobaczyłem ten sam widok ponownie tylko, że na żywo. Wiecie: znałem każdy szczegół tego obrazu a nie wiedziałem co to jest. I nagle znalazłem się w tym samym miejscu co fotograf robiący fotkę dla Trefla. Epic.


Koło Moulin Rouge są fajne sex-shopy i niemili, wielcy murzyni, którzy lubią mówić "degagez". Not nice.

piątek, 15 lipca 2011

Wyjazd

Wyjechałem z Łodzi w strugach deszczu. Prawdziwie epickie pożegnanie tego smutnego miasta. Jak wyjeżdżaliśmy, chciałem jeszcze zdjęcie na pamiątkę cyknąć ale jak na złość facet wbił od razu na krajową 14 i jedyne co zobaczyłem to budujący się nowy budynek filologii (o ironio!) i tak samo stary i rozwalający się gmach ASP (chyba jeszcze większa ironia). Oczywiście prawo Murphyego dotyczące podróży w jakiś sposób musiało się sprawdzić i pomimo tego, że w całym autokarze było 10 osób na krzyż to dwójka z nich musiała być małymi rozwrzeszczanymi dziećmi, które oczywiście obsiadły mnie dookoła. Duże słuchawki, deskorolki i szkicownik są zawsze atrybutami przyciągającymi dzieci. Na domiar złego ich mama zdecydowała się zająć 8 fotelików (po 1 na każdego członka rodziny i sztukę bagażu) co w praktyce oznaczało dwurzędowy mur dookoła mojego siedzonka okupowany przez absolwentów żłobka. Pod koniec podróży zostałem jeszcze uraczony wymiocinami i sraczką co przypieczętowało fajny klimat.
Próbowałem uprzyjemnić sobie czas lekturą nabytych wcześniej gazet. Problem z nimi jest jednak taki, że zbyt szybko się kończą. I tak CD-Action obaliłem w godzinkę, Nową fantastykę we dwie a Przekrój w 15 minut. Ten ostatni to chyba największy zawód ostatnich miesięcy i przykład jak złe koncepcje mogą zniszczyć świetny produkt. Artykuł o Jedwabnem sobie odpuściłem, wkładkę reklamową projektów unijnych także, wywiad z Buzkiem i prezentację sytuacji ludzi ze stwardnieniem rozsianym ledwie przekartkowałem co sprawiło, że z chudziutkiej i tak gazety zostały mi ledwie recenzje i słaby i pompatyczny (jak zawsze) wywiad pani redaktor naczelnej. No cóż, jedyne co mi pozostało na podróż to stare, wierne PSP i przechodzenie po raz n-ty FF Tactics.
Po drobnej przygodzie z wzywaniem karetki w środku RFN dotarliśmy, 2 godziny przed czasem, na ulicę Maubege w Paryżu. Dobór przystanków jak zwykle w przypadku Eurolines trafiony w dziesiątkę. W Lyonie zatrzymują się po środku bulwaru Vivier Merle tak żeby wszystkim było łatwiej trafić niż na dworzec autobusowy, a tutaj jakieś 10 minut od dworca północnego w małej bocznej uliczce.

Pierwszy dzień uświetniłem wizytą w najbardziej turystycznym miejscy Paryża z możliwych: Tour Eiffel! Poczułem się lekko oszukany bo wieża na Google Earth wyglądała o wiele bardziej imponująco. Tutaj najbardziej niesamowite były kolejki (sztuk 4) robiące ślimaka do wejścia na taras widokowy. Pola Marsowe oczywiście były dzisiaj zasypane sprzętem muzycznym po wczorajszym święcie narodowym więc nie było za bardzo co podziwiać. Poza, oczywiście zapierającymi dech w piersiach widokami, ślicznym budownictwem i wspaniałymi asfaltowanymi chodnikami.